czwartek, 30 grudnia 2010

Owa obojętność nie była niczym innym jak pancerzem przed strachem.

Czasem chciałabym, żeby ktoś mną mocno potrząsnął. Uderzył, opamiętał. Kazał zrobić coś ze swoim życiem, zakazał się bać. Wyrzucił uczucie żalu gdzieś daleko, a w jego miejsce wstawił trochę pewności siebie.
Nie życzę sobie szczęścia w Nowym Roku. Ani miłości, radości, zrzucenia kolejnych kilogramów, ani nawet pozbycia się tego ciągłego smutku i bólu. Chcę po prostu przestać się bać.
Bo co mi po szczęściu, jeśli ciągle będę się obawiała, że przeminie? Co po miłości, jeśli będzie prześladowała mnie myśl, że się skończy? Co po idealnej figurze, jeśli widmo efektu jo-jo idzie w parze razem z nią? A smutki? Za każdym razem powracają.
Bo to nie w tych rzeczach tkwi problem. Problem tkwi nie w świecie, czy życiu. Problem tkwi we mnie.

Nie zgadzamy się być sobą nawzajem.